|
Piotr:
Latanie w tandemie zafascynowało mnie od pierwszej próby. To nie jest proste dzielenie wrażeń z
pasażerem. To mnożenie wrażeń przez pasażera i jego przeżycia. Nie mam jeszcze wielkiego w tym
temacie doświadczenia, ale podczas każdego lotu w tandemie pasażer wnosił coś, czego podczas
samotnego lotu nie dane jest przeżyć. Czasami jest to męskie "żygać mi się chce", czasami dużo
więcej...
Tego dnia miałem plan na lot w tandemie. Nie wieczorne zloty, ale prawdziwy lot. Akurat padło na
Srebrną Górę. Miejsce świetne, termiczne a przy tym wyjątkowo interesujące. Ile do krajobrazu
wnosi lekkie pofałdowanie terenu.
Dzień zapowiada się ciekawie. Mimo to pierwsze loty nie nastrajają optymistycznie. Kolejni piloci
wprawdzie oddalają się, ale po długiej walce w parterze, która dla tandemu wygląda na z góry
przegraną.
Pasażera mam już "dotartego" w Słowenii, więc przygotowania nie trwały długo. Start w Srebrnej do
luksusowych nie należy, miejsca mało, obok drzewa. Zresztą do każdego startu w tandemie należy się
przyłożyć. Podpinamy się da liny i jazda.
Zaraz po starcie widzę, że jest dobrze. Na 200m mijamy krążącego ptaka, na razie zostawiam ten
komin, bo przed nami piękna chmura. Zdążę wrócić. Holujemy się do końca, odbijamy w prawo i po
chwili cztery metry do góry. Odjazd.
Wykręcamy jakieś 1500m, koniec, więcej się tu nie da, chmura się kończy. Wybieram następną kandydatkę,
odpuszczam trymery i jazda. Kilka minut później kręcimy następny komin. Scenariusz się powtarza, chmury
dzisiaj długo nie żyją. Tandem z odpuszczonymi trymerami raźno leci przed siebie. Wiatr mamy boczny, na
Czechy, staram się trzymać po nawietrznej stronie Gór Sowich. Na wysokości Czeszki łapię następny komin,
pod nami widzę glajty robiące raźne dzidy. Czeszki nie odwiedzałem od kilku lat, a z takiej perspektywy
nie widziałem jej nigdy. Z tej wysokości wygląda raczej płasko. Oni robią dzidy, ja wysokość a wiatr
znosi nas na drugą stronę gór.
Tu gdzieś jest granica. Szlaki chmur układają się w stronę Czech, niestety mój pasażer nie ma przy sobie
żadnych dokumentów więc plan nielegalnego przekroczenia granicy musimy odłożyć. Pomoc z ziemi pozwala nam
zorientować się gdzie dokładnie jest granica, faktycznie ktoś był tak miły i ją narysował. Przecinka w
lesie wzdłuż granicy wygląda jak na mapie, mogliby ją jeszcze pomalować na czerwono. Wykręcamy kolejny
komin, tym razem pod chmurę i ruszamy wzdłuż granicy. Zza góry pokazują się bloki, więc to Głuszyca. Robi
się już późno, noszenia słabną, pora lądować. Jeszcze tylko przeskok nad jedną górką, chwila żagla,
jesteśmy na wysokości szczytu, dotychczas trzymaliśmy się wysoko. Lądujemy.
I tu zaczynają się schody. Wypatrzona łączka, dla singla miejsce do lądowania co najmniej dostateczne,
okazuje się dramatycznie małą dla tandemu. W powietrzu nasz tandem zachowuje się wspaniale, krąży ciasno,
jednak to kawał skrzydła i przy ziemi wyraźnie to widać. Długie liny powodują że czujemy się jak na
karuzeli. Dodatkowo łączka delikatnie opada, ucieka nam spod nóg a przed nami płot. Męska decyzja,
lądujemy w ciasnym zakręcie. Za względu na długie liny prędkość mamy zacną, na szczęście styczną do ziemi.
Chwila zamieszania i wylądowaliśmy.
Emocje powoli opadają, w nogach wraca mi krążenie (nie mamy niestety tandemowej uprzęży), przylatują
obowiązkowe dzieciaki, tym razem to nie ja odpowiadam na setki pytań. Zwijamy glajta.
WNIOSKI:
1. Latając samemu człowiek odrywa się od rzeczywistości, na te kilka chwil pozostawiony jest samemu sobie.
Latając w tandemie dostajemy mały dwuosobowy wszechświat. Mistyczne, ale uwaga: ważne z kim się leci.
2. Tandem potrafi krążyć ciasno ale potrzebny jest zgrany pasażer.
3. Lądowanie tandemem nie jest banalne. Potrzeba dużo miejsca. Po lądowaniu byłem na siebie zły,
bo kilka kilometrów wcześniej były wielkie łąki, ale ja chciałem przelecieć jedna górę za daleko.
Kasia:
Mnie też zafascynowało latanie w tandemie. Do prób w Brzegu i przelotu w Słowenii, miałam mgliste
pojęcie o tym sporcie. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam glajta, pomyślałam: Boże, kawał szmaty i
sznurki, i to ma mnie utrzymać w powietrzu?! Ale, że mam zaufanie do pilota (z oczywistych względów)
i lubię nowe wyzwania, dałam się podpiąć i poleciałam. Teraz wiem, że może to wciągnąć i zawładnąć
człowiekiem na dłuższy czas.
Tego dnia w Srebrnej nie byłam przekonana, co do lotu. Szczerze pisząc, nie przepadam za tym startowiskiem.
Mało miejsca, pełno ludzi na rowerach, itp. Ale powiedziałam sobie: "ok. ostatni start w sezonie".
Wystartowaliśmy, jak zwykle, bez bólu. Miałam inną uprząż niż przy poprzednich startach i pierwsze
wrażenie, że jest mi niewygodnie i chcę na ziemię! Czułam (i słyszałam), że się nieźle wznosimy,
popatrzyłam w dół i dopadł mnie strach. Cholera, jak daleko do ziemi!!! Ale, to była tylko chwila
słabości. Udało mi się usadowić wygodniej i zaczęłam współpracować z pilotem. Mówił mi coś o kominach,
szlakach chmur, i takie tam fachowe terminy. A ja nie mogłam uwierzyć, że jesteśmy tak wysoko, i że
możemy polecieć daleko. Oddalaliśmy się od startu i słyszałam jak Ci, co startowali przed nami, już
wylądowali. Pomyślała, że my też za chwilę padniemy. Ale pilot miał inny plan. Wznosiliśmy się i
lecieliśmy... To było niesamowite. Przestałam myśleć o lądowaniu, tylko zaczęłam zachwycać się tym lotem.
Czułam przenikliwe zimno, cierpły mi nogi. Ale dominowało uczucie, którego nie potrafię opisać.
Oczywiście pozytywne. Może radość?! Chciałam, żeby to trwało i trwało...
Jednak kiedyś trzeba było wylądować! I to też było niezłe przeżycie. Mało miejsca, krzaki, drzewa, płot...
Ale pilot wiedział co robi. Było małe bum na pupę i nie tylko (teraz wiem jak ważny jest kask!). Później
dopadła nas banda dzieciaków i "sto pytań do".
Ja przejęłam rolę "odpowiadacza" i przy okazji dowiedziałam się, że jesteśmy w Jedlinie. Kurczę, jeszcze
jedna górka i bylibyśmy na obiedzie u moich rodziców w Wałbrzychu!!!
|